
wnp.pl · Mar 1, 2026 · Collected from GDELT
Published: 20260301T134500Z
- W perspektywie kilku lat nie ma realnych przesłanek, by nowe technologie mogły masowo zastąpić na budowach ludzi. W praktyce oznacza to, że bez migracji zarobkowej część projektów będzie narażona na opóźnienia, co przełoży się na wymierne straty dla całej gospodarki – ostrzega Damian Kaźmierczak. - Europa znalazła się dziś w wyjątkowo trudnym położeniu. Trudno jednocześnie utrzymać wysokie koszty państwa opiekuńczego, znacząco zwiększać wydatki obronne, finansować zieloną transformację energetyczną i wygospodarować środki na skokową poprawę innowacyjności – zwraca uwagę wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. - Banki zachowują się bardzo ostrożnie. Koncentrują finansowanie na największych, najbardziej przewidywalnych podmiotach, a firmom małym i średnim, które kapitału często potrzebują najbardziej, stawiają wyższe wymogi i oferują gorsze warunki. Z perspektywy przedsiębiorców chcących pozyskać środki na rozwój wygląda to jak błędne koło, z którego trudno się wyrwać – komentuje Kaźmierczak. Rozmowa jest częścią cyklu wywiadów, które posłużą za podstawę raportu "Jak wzmocnić potencjał polskich firm. Biznes wobec presji demograficznej i globalnej konkurencji". Przygotowują go ING Bank Śląski i WNP Economic Trends (wraz z dziennikarzami Grupy PTWP). Premiera - podczas XVIII Europejskiego Kongresu Gospodarczego (22-24 kwietnia 2026 r. w Katowicach). Dr Damian Kaźmierczak, wiceprezes i główny ekonomista Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa Fot. Mat. pras. PZPB Firmy agresywnie podkupują sobie pracowników. Walkę o pracownika może nasilić rozbudowa armii Jak polskie firmy radzą sobie z coraz mniejszą dostępnością pracowników, w tym specjalistów? Czy ten problem dotyka i państwa branżę? - Problem dostępności wykwalifikowanych kadr to jedna z kluczowych barier rozwoju polskiego budownictwa. Z danych GUS wynika, że blisko 1/3 firm budowlanych wskazuje niedobór pracowników jako główną przeszkodę w działalności - i to w warunkach wyraźnej dekoniunktury, z którą branża mierzy się od ok. 2 lat. W tym kontekście szczególnie niepokoi perspektywa okresu po 2026 r., kiedy można oczekiwać bezprecedensowej kumulacji inwestycji infrastrukturalnych (potencjalnie największej w historii Polski). Ograniczona podaż pracy w budownictwie ma charakter strukturalny. Problem pogłębia niekorzystna demografia, starzenie się obecnych zasobów kadrowych i zbyt mały napływ młodych pracowników. Składa się na to kilka czynników: słabość szkolnictwa zawodowego, spadek prestiżu zawodów budowlanych, a także specyfika pracy, która jest wymagająca fizycznie, często wykonywana w trudnych warunkach pogodowych i w delegacjach. Dodatkowo w najbliższych latach może nasilać się konkurencja o pracowników ze strony rozbudowującej się armii. A co - poza wynagrodzeniem - decyduje dziś o skutecznym przyciąganiu kadr? - Firmy coraz mocniej konkurują płacami, co sprzyja zjawisku agresywnego „podkupywania” pracowników. To szczególnie widoczne w budownictwie energetycznym, czyli segmencie postrzeganym jako najbardziej perspektywiczny, gdzie unikatowe kompetencje są szczególnie pożądane przez pracodawców. W efekcie rośnie presja płacowa: obecnie ok. 2/3 spółek wskazuje ją jako jedno z kluczowych wyzwań operacyjnych, nieco częściej niż firmy z handlu i przemysłu. Jednocześnie wśród najmłodszej kadry inżynierskiej, obok wynagrodzenia, coraz większe znaczenie ma atrakcyjność i poczucie sensu realizowanych projektów. Udział w strategicznych inwestycjach, jak budowa elektrowni, mostów czy zakładów przemysłowych, bywa czynnikiem rozstrzygającym przy wyborze pracodawcy. Z tego względu relatywnie lepszą pozycję mają najwięksi wykonawcy, którzy mogą oferować nie tylko konkurencyjne stawki, ale także portfel projektów o dużej skali i znaczeniu. Automatyzacja nie zneutralizuje niedoborów kadrowych. Brak nam spójnej i przewidywalnej polityki migracyjnej Czy (lub w jakim stopniu) i jak polskie firmy radzą sobie z naborem kadr? - Polskie budownictwo w obecnym kształcie w istotnym stopniu opiera się na pracownikach z Ukrainy: ich udział na placach budów szacowany jest dziś na ok. 20-30 proc. Nietrudno też przewidzieć, jak silnym wstrząsem dla rynku pracy w branży może okazać się start odbudowy tego kraju, która będzie „wysysać” część zasobów kadrowych z Polski. Dlatego firmy podejmują starają się dywersyfikować rekrutację, uzupełniając braki pracownikami przede wszystkim z Białorusi i Mołdawii, krajów Kaukazu, a także z Azji Centralnej, Południowej i Południowo-Wschodniej, a w ostatnim czasie - również z Ameryki Południowej. Proces ten utrudnia jednak brak spójnej i przewidywalnej polityki migracyjnej, która stała się zakładnikiem bieżącego sporu politycznego. Tymczasem skala wyzwań inwestycyjnych będzie rosła. Trudno wyobrazić sobie sprawną realizację megaprojektów, takich jak elektrownia jądrowa w Choczewie czy Port Polska w Baranowie, jeśli w debacie publicznej dominuje niechęć wobec migracji zarobkowej, a państwo nie zapewnia stabilnych ram dla legalnego zatrudniania cudzoziemców. W kulminacyjnej fazie tego typu inwestycje będą wymagały zaangażowania kilkunastu tysięcy pracowników fizycznych dziennie... Czy inwestycje w technologie zastępujące pracę ludzką mogą jakoś znacząco pomóc w tej sytuacji? - W krótkim terminie nie należy oczekiwać, że niedobory kadrowe zostaną w istotnej skali zneutralizowane przez automatyzację. W perspektywie najbliższych kilku lat nie ma realnych przesłanek, by nowe technologie mogły masowo zastąpić ludzi na budowach. Bez migracji zarobkowej część projektów będzie narażona na opóźnienia, co przełoży się na wymierne straty dla całej gospodarki. Jakie reperkusje w waszej branży, a także w gospodarce powoduje i perspektywicznie może spowodować sukcesywny przyrost kosztów pracy? - Wykonawcy i podwykonawcy co do zasady uwzględniają rosnące koszty w ofertach składanych inwestorom, dlatego presja płacowa przekłada się na wzrost cen realizowanych inwestycji. Postawienie budynku czy wybudowanie kilometra autostrady lub linii kolejowej jest po prostu coraz droższe. Widać to m.in. we wzroście wartości rynku budowlanego w cenach bieżących (przekracza już ona 350 mld zł). W ujęciu realnym, po uwzględnieniu inflacji, w wielu segmentach produkcja budowlana zarazem nadal się kurczy, szczególnie w budownictwie kubaturowym. Trzeba pamiętać, że większość inwestycji jest realizowana w horyzoncie kilkunastu, a często kilkudziesięciu miesięcy, przy typowych dla branży marżach na poziomie jednocyfrowym. Z perspektywy firm budowlanych najgorszy jest scenariusz gwałtownego wzrostu kosztów budowy w czasie realizacji kontraktu. Po stronie przychodów dominuje bowiem model ryczałtowy: wynagrodzenie ustala się na etapie negocjacji lub w przetargu, a każda zwyżka kosztów oznacza spadek marży. Ten mechanizm szczególnie wyraźnie ujawnił się po wybuchu wojny w Ukrainie, gdy bezprecedensowy skok cen materiałów sprawił, że część kontraktów przestała być rentowna i przyniosła firmom istotne straty - np. w segmencie budownictwa drogowego. Wnioski z tamtego okresu są istotne w kontekście spodziewanej kumulacji inwestycji infrastrukturalnych po 2026 r. Takie spiętrzenie najprawdopodobniej będzie oznaczało nie tylko wzrost cen materiałów, ale również silny wzrost kosztów pracy, gdyż podaż pracowników na pewno okaże się niewystarczająca. Ryzyko to potęguje fakt, że duże programy inwestycyjne planują także nasi sąsiedzi – Niemcy i Szwedzi; dodatkowym czynnikiem niepewności pozostaje potencjalny start odbudowy Ukrainy. „Polskim firmom brakuje silnego, systemowego wsparcia państwa w budowaniu pozycji za granicą” Jak ocenia pan proces inwestycji w technologie w naszej gospodarce – w automatyzację, robotyzację, chmurę i cyfryzację, w tym rozwiązania AI? W jakich działach polskiej gospodarki można wykorzystać AI, a w jakich jest to trudniejsze? - Budownictwo na świecie uchodzi – obok rolnictwa – za jeden z najmniej produktywnych sektorów gospodarki. Z analiz ING wynika, że w XXI w. produktywność w budownictwie spadła, gdy w przemyśle wzrosła mniej więcej dwukrotnie. Choć na placach budów coraz częściej pojawiają się drony, roboty czy zaawansowane sensory, tempo wdrażania technologii pozostaje wyraźnie niższe niż w usługach i w przemyśle. Przyczyn jest kilka. Po pierwsze: firmy budowlane działają przy niskich marżach i wysokiej zmienności rynku, co ogranicza ich skłonność do ponoszenia istotnych nakładów na innowacje, zwłaszcza gdy ryzyko nagłego pogorszenia koniunktury zawsze jest realne. Po drugie: sama branża jest bardzo konserwatywna: budowy w dużą ostrożnością i nieufnością podchodzą do nowych rozwiązań. W takich warunkach potencjalny przełom wiąże się raczej ze stopniową zmianą pokoleniową, a to proces rozpisany na lata. Po trzecie: w Polsce zamawiający publiczni rzadko wymagają od wykonawców spójnych standardów cyfryzacji i wykorzystania technologii w całym cyklu życia inwestycji. W krajach takich jak Wielka Brytania wymagania w tej mierze bywają bardziej restrykcyjne, co tworzy silny bodziec do modernizacji i przyspiesza dyfuzję innowacji. W konsekwencji technologie najszybciej upowszechniają się tam, gdzie zamawiający świadomie je promuje. W Polsce przykładem mogą być „nowi” inwestorzy publiczni, mniej obciążeni utrwalonymi procedurami administracyjnymi, jak np. spółka CPK, która w deklaracjach i w praktyce przywiązują dużą wagę do cyfryzacji procesu inwestycyjnego. Postęp technologiczny w polskim budownictwie jest zatem możliwy, ale ma charakter raczej ewolucyjny niż rewolucyjny: w branży budowlanej zmiany zachodzą wolniej niż w większości innych sektorów gospodarki. Jak postrzega pan konieczność skalowania działalności i ekspansji międzynarodowej w skali polskiej gospodarki? - Polskie firmy budowlane działają przede wszystkim na rynku krajowym, a aktywność zagraniczna, w skali całego sektora, ma znaczenie marginalne. Nie widać również przesłanek, by w nadchodzących latach nasi wykonawcy mieli masowo zwiększać obecność poza Polską. Co więcej: wiele wskazuje, że mogą na