money.pl · Feb 21, 2026 · Collected from GDELT
Published: 20260221T130000Z
Europejski system handlu uprawnieniami do emisji (ETS), będący od dwóch dekad głównym orężem Unii Europejskiej w walce z globalnym ociepleniem, znalazł się pod ostrzałem. Dyskusja, która jeszcze do niedawna toczyła się jedynie w kuluarach, weszła na najwyższy szczebel polityczny, a liderzy państw członkowskich oraz szefowie największych koncernów przemysłowych otwarcie kwestionują sensowność obecnych cen certyfikatów CO2. W tle wielkiej polityki pojawiają się konkretne wyliczenia, które dla polskiej gospodarki mają wymiar dziesiątek miliardów złotych. Szczególne znaczenie dla dynamiki debaty miała postawa Niemiec. Kanclerz Friedrich Merz, którego kraj dotychczas uchodził za niezachwianego zwolennika wyceny węgla, zasugerował konieczność rewizji systemu. Ten system został wdrożony, aby ograniczyć emisje CO2, a jednocześnie umożliwić firmom przejście na produkcję bezemisyjną. Jeśli więc nie jest to osiągalne i jeśli nie jest to właściwy instrument, powinniśmy być bardzo otwarci na jego rewizję lub przynajmniej odłożenie w czasie - mówił Merz do liderów przemysłu. Choć później niemiecki kanclerz nieco łagodził ton, opisując ETS jako "właściwe narzędzie", które jednak wymaga ciągłych korekt, sygnał został wysłany. W ślad za nim poszli inni przywódcy. Prezydent Francji Emmanuel Macron stwierdził, że UE musi utrzymać rynek węgla, ale należy walczyć z rosnącymi kosztami. Jego zdaniem, w wyniku spekulacji rynkowych, cena ETS, która powinna wynosić około 30-40 euro, przekroczyła 80 euro. Do krytyki dołączyły Austria, Czechy, a także Polska, która przygotowała pismo domagające się środków osłabiających restrykcyjność systemu.Ujawnia, kto szturmuje portale randkowe. Jedna płeć przeważa Miliardy dla polskich gigantów? Gdyby doszło do zawieszenia systemu ETS, beneficjentami takiej decyzji w pierwszej kolejności stałyby się największe polskie spółki skarbu państwa, dla których koszty zakupu uprawnień stanowią potężne obciążenie bilansowe. Portal Informacje Giełdowe przygotował szacunkowe wyliczenia rocznych kwot, które mogłyby pozostać w kasach poszczególnych przedsiębiorstw w przypadku zamrożenia systemu. Zgodnie z danymi zaprezentowanymi przez ten serwis, absolutnym rekordzistą byłaby Polska Grupa Energetyczna (PGE). W przypadku tej spółki oszczędności oszacowano na poziomie od 24 do 25 miliardów złotych rocznie. To kwota, która diametralnie zmieniłaby możliwości inwestycyjne energetycznego giganta. Na drugim miejscu w tym zestawieniu plasuje się Orlen, dla którego zawieszenie ETS oznaczałoby zachowanie w budżecie od 9 do 10 miliardów złotych. Kolejne pozycje zajmują inne kluczowe podmioty sektora energetycznego i wydobywczego. Enea mogłaby zaoszczędzić od 7 do 8 miliardów złotych, a Tauron od 3,5 do 4 miliardów złotych. W przypadku Jastrzębskiej Spółki Węglowej (JSW) widełki szacunków są szersze i wynoszą od 2 do 7 miliardów złotych. Mniejsze, choć wciąż znaczące kwoty, dotyczą ZE PAK (od 0,5 do 1 mld zł), KGHM (od 0,4 do 0,8 mld zł) oraz Grupy Azoty (od 0,4 do 0,7 mld zł). Sumując dolne granice tych szacunków tylko dla wymienionych dużych podmiotów, mówimy o kwocie przekraczającej 47 miliardów złotych rocznie. W wariancie optymistycznym (górne granice widełek) łączne oszczędności tych kilku spółek mogłyby sięgnąć nawet 56 miliardów złotych. To kapitał, który obecnie wypływa z firm w ramach mechanizmu polityki klimatycznej. Potencjalne oszczędności na ETS © wp.pl | money.plLokalne ciepłownie na skraju bankructwa Podczas gdy giganci liczą potencjalne zyski z ewentualnych zmian w prawie, mniejsze podmioty w Polsce już teraz zderzają się ze ścianą. Problem nierozliczonych emisji przestaje być incydentalny i zaczyna mieć charakter systemowy. Jak donoszą media, już 16 firm w Polsce nie rozliczyło się z uprawnień do emisji CO2. Zjawisko to dotyczy w głównej mierze małych, lokalnych ciepłowni, które nie są w stanie udźwignąć ciężaru finansowego transformacji. Symbolem tych problemów stała się sprawa EC Zagłębie Dąbrowskie (dawniej EC Będzin). Spółka nie umorzyła ponad 2,1 miliona certyfikatów za rok 2020, co skutkowało nałożeniem przez Głównego Inspektora Ochrony Środowiska gigantycznej kary w wysokości blisko 248 milionów złotych. Przedsiębiorstwo broniło się argumentem, że taryfy zatwierdzane przez Urząd Regulacji Energetyki nie uwzględniały realnych, rynkowych kosztów zakupu uprawnień, co wpędziło firmę w spiralę zadłużenia. Sytuację komplikuje sztywny mechanizm sankcyjny. - Kara jest sztywna i nie uwzględnia przyczyn ani sytuacji finansowej firmy. Tę samą sankcję dostaje podmiot, który spóźnił się jeden dzień i ten, który w ogóle nie dokonał rozliczenia - tłumaczył Karol Wenus, prezes Stowarzyszenia Odpowiedzialna Transformacja Energetyczna. Pęknięte tabu w Brukseli Problemy polskiego sektora ciepłowniczego wpisują się w szerszy, ogólnoeuropejski kontekst buntu przeciwko obecnemu kształtowi polityki klimatycznej. W ubiegłym tygodniu fundamenty unijnych wysiłków na rzecz klimatu zaczęły trzeszczeć pod naporem krytyki. Przez miesiące europejskie stolice atakowały różne aspekty Zielonego Ładu, argumentując, że uciążliwe przepisy dławią ich gospodarki, jednak sam system ETS pozostawał tematem tabu. To zmieniło się podczas dwóch następujących po sobie szczytów w Belgii. Liderzy państw i przemysłu otwarcie stwierdzili, że wysokie ceny emisji dwutlenku węgla są niepokojącym objawem, który wymaga interwencji. Przemysł ciężki, który od dawna narzekał na konieczność płacenia za emisje, przypuścił swój największy dotąd atak. Podczas spotkania w Antwerpii prezesi największych spółek wezwali przywódców UE do obniżenia kosztów zanieczyszczeń. Rosnące koszty emisji dwutlenku węgla wypychają łańcuchy wartości poza Europę - ostrzegał Markus Kamieth, dyrektor generalny niemieckiego giganta chemicznego BASF, dodając, że szkody dla gospodarki są już widoczne. Rynek zareagował na te słowa nerwowo. Cena uprawnień do emisji spadła z poziomu 81 euro w poniedziałek do poniżej 72 euro w piątek. Według Marcusa Ferdinanda, głównego analityka w firmie Veyt zajmującej się rynkiem węgla, wyglądało to na dobrze zorganizowaną kampanię części europejskiego przemysłu, mającą na celu obniżenie poprzeczki przed nadchodzącym przeglądem systemu ETS.Polityczne zwroty akcji Nie brakuje jednak głosów broniących status quo. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen przypomniała prostą zasadę działania mechanizmu: "Jeśli chcesz zanieczyszczać, płacisz. Jeśli nie chcesz płacić, wprowadzasz innowacje". Z kolei szwedzka eurodeputowana Emma Wiesner użyła barwnego porównania, ostrzegając przed krótkowzrocznością polityków. - Jeśli mamy wysokie ceny energii, rezygnacja z zasad ETS jest naprawdę jak sikanie w spodnie: daje krótkotrwałą ulgę, ale na dłuższą metę karzemy samych siebie - stwierdziła, dodając, że utrzymywanie zależności od ropy i gazu to najskuteczniejszy sposób na uwięzienie przemysłu w pułapce wysokich cen.Jak działa system i co go czeka Warto przypomnieć, że system ETS obejmuje około połowy emisji w UE i z perspektywy Brukseli jest instrumentem niezwykle skutecznym. Od momentu jego wprowadzenia w 2005 roku zanieczyszczenie w sektorach nim objętych - fabrykach, elektrowniach, lotnictwie i żegludze - spadło o połowę. Dla porównania, emisje nieobjęte systemem ETS spadły w tym czasie jedynie o około 20 proc. Mechanizm polega na tym, że firmy muszą posiadać pozwolenie na każdą tonę wyemitowanego CO2. Mogą je kupować i nimi handlować, podczas gdy liczba dostępnych na rynku pozwoleń stopniowo spada, co wymusza redukcję emisji. Ostatnie reformy wywindowały cenę pozwolenia z około 10 euro w 2010 roku do obecnych poziomów, co z jednej strony zachęca do inwestycji w czyste technologie, ale z drugiej - podnosi koszty operacyjne przedsiębiorstw.Przyszłość systemu pod znakiem zapytania Przyszłość systemu stoi obecnie pod znakiem zapytania, mimo że harmonogram prac legislacyjnych jest napięty. W 2026 roku Komisja Europejska ma przedstawić propozycję aktualizacji dyrektywy ETS. Przegląd ten ma dotyczyć m.in. roli usuwania dwutlenku węgla z atmosfery, rozszerzenia zakresu o nowe sektory (np. spalarnie odpadów komunalnych) oraz ryzyka ucieczki emisji. Równolegle, od 2027 lub 2028 roku, ma zacząć działać oddzielny system ETS2 dla transportu drogowego i budynków. Eksperci zwracają uwagę na tzw. "endgame", czyli sytuację końcową, w której podaż uprawnień w systemie zbliży się do zera. Bez zmian w regulacjach rynek mógłby stracić płynność i stać się nieprzewidywalny. Uzgodniony cel redukcji emisji o 90 proc. do 2040 roku wymusi na Komisji rewizję trajektorii ETS, aby umożliwić ograniczoną liczbę emisji po 2039 roku.Ryzyko utraty zaufania Ostatnie zawirowania polityczne i gwałtowny spadek cen uprawnień mają swoje konkretne konsekwencje rynkowe. Inwestorzy, którzy oparli swoje strategie biznesowe na założeniu rosnących cen węgla, liczą straty. Akcje producenta cementu Heidelberg Materials czy duńskiej firmy energetyki wiatrowej Ørsted straciły na wartości w ślad za spadkiem cen uprawnień. Analitycy ostrzegają, że podważanie stabilności systemu przez polityków niszczy zaufanie inwestorów. - To, co system osiągnął w ciągu ostatnich lat, to wysłanie dość jasnego sygnału do wszystkich sektorów przemysłowych, że dekarbonizacja jest wymogiem - zauważa Marcus Ferdinand. Jego zdaniem dla firm, które wcześnie podjęły działania na rzecz redukcji emisji, obecne oświadczenia polityków są niezwykle bolesne, gdyż oznaczają w praktyce spalenie lat inwestycji kapitałowych. Mimo to, presja na poluzowanie zasad rośnie. Argument o konkurencyjności europejskiego przemysłu względem reszty świata staje się dominujący w debacie publicznej, a rosnąca liczba krajów członkowskich zaczyna dostrzegać wady systemu, który do tej pory był uważany za nienaruszalny filar unijnej strategii. Robert Kędzierski, dziennikarz money.pl